JerzyNowosad.org zadebiutował w „Karuzeli” 2/242 styczeń 1967 więcej...

Opublikowano
15.01.1973

Kategoria
Humoreski

Zimowe popołudnie

Strzepnąłem śnieg z kapelusza. Zmierzchało. Gdy podniosłem głowę, spostrzegłem, że stoi przede mną jegomość. Wzrostu był słusznego, sporej postury i twarz miał szczerą. Ale to stwierdziłem nieco później. Ubrany bowiem był dość niezwykle. Stalowy napierśnik połyskiwał matowo w świetle latarni, nagolenniki i nałokietniki chrzęściły przy każdym ruchu. Powoli podniósł przyłbicę. Wyciągnął rękę wielką jak bochen chleba.
- Zyndram jestem – powiedział i dodał od razu – z Maszkowic.
- Ciekawe – odparłem bez zainteresowania.
- Co ciekawe? – zapytał – To, że Zyndram, czy to, że z Maszkowic?
- Jedno i drugie.
Wzruszył ramionami. Rozejrzał się po ośnieżonych drzewach parku.
- Szef kazał mi przyprowadzić chorągiew mazowiecką, ale zbłądziłem.
- A kto jest pana szefem? – zapytałem.
- Władek. Zna go pan?
- Z imienia nie. Może z nazwiska.
- Jagiełło.
- Trochę znam. Ze słyszenia.
- A, no widzi pan. Mamy jednak wspólnych znajomych. Czy mógłby pan poczęstować mnie papierosem?
Wyjąłem papierośnicę. Zaciągnął się głęboko i westchnął.
- Wie pan co? Najgłupsze jest to, że pojęcia najmniejszego nie mam, gdzie ta mazowiecka chorągiew może być. Sześciuset chłopa i jak kamień w wodę. Szef może mieć pretensje. Pewnie za spódniczkami się gdzieś uganiają. Zna pan jakieś nowe kawały?
- Nie.
- Niedawno słyszałem taki dowcip: mówi jeden facet do drugiego, bo jak wiadomo w dowcipach występują zawsze dwaj faceci. Więc ten jeden mówi: czy wiesz dlaczego tramwaj zakręcywa? Ten drugi odpowiada, że nie wie. Wtedy te pierwszy: bo mu się szyny wygły. Ha! Ha! Ha! Dobre, co?
- Niedobre.
- Ma pan rację. Zupełnie do niczego. Opowiedziałem tylko dla rozładowania atmosfery. Jagienkę pan zna?
- Słyszałem o niej. Podobno orzechy rozgniatała.
- Ee, skąd, już dawno nie. Dziadek do orzechów ją boli. Ale chryja to będzie. Niedobór na sześciuset chłopa. Mnie się też dostanie. Mam wrażenie, że już się nieco spóźniłem.
- Rzeczywiście, trochę się pan spóźnił.
- Pożyczyłby mi pan ze sto złotych do pierwszego? Nie mam na pociąg do Grunwaldu. Oddam na pewno.
Wyciągnąłem banknot z portfela i podałem mu. Mężczyzna spoważniał.
- Jest pan strasznie naiwny. Pierwszy raz pan mnie widzi i pożycza bez wahania pieniądze. Czy nie przyszło panu na myśl, że blaguję? Ja w ogóle nie nazywam się Zyndram! I wcale nie jestem z Maszkowic! Jak pan mógł w to uwierzyć! Smutno panu, co?
- Pewnie, że mi smutno. – odpowiedziałem – A jak naprawdę pan się nazywa?
- Ivanhoe. Wierzy pan?
- Nie bardzo. Powinienem przecież znać pana.
- Pan? Ciekawe czemu?
- Bo nazywam się Robin Hood.
Ocknąłem się z potwornym bólem głowy. Kątem oka zdołałem dostrzec, że bibliotekarka i kilka osób wyciąga mnie spod regału literatury pięknej.


Brak komentarzy


Nie ma komentarzy. Możesz być piewrwszy!

Napisz komentarz

Wieczór wigilijny Bydlę

Nie przegap żadnego opowiadania - prenumeruj RSS