JerzyNowosad.org zadebiutował w „Karuzeli” 2/242 styczeń 1967 więcej...

Opublikowano
22.01.1969

Kategoria
Humoreski

Wirtuoz

DyrygentNa podeście stanął wysoki, przystojny mężczyzna we fraku. Białe, opadające na kark włosy, ufryzowane były na kształt wiolonczeli. Widownia umilkła, orkiestra wstała, dyrygent skłonił się wśród ogromnych braw. Kiedy batuta uniosła się w górę i gwałtownie opadła wraz z ramieniem dyrygenta na partyturę – zagrzmiały kotły, odezwały się skrzypce i altówki. Wirtuoz wykonał szybki unik głową, zeskoczył z podestu, przebiegł obok koncermistrza, zawrócił i dwukrotnie machnął rękami. Wtedy ryknęły organy.
- Boże! – pisnął jakiś podlotek. – On jest genialny. Popatrzcie na jego ruchy. Ile w nich wirtuozerii i wyrazistości.
Rozległy się uciszające syki, podlotek zamilkł. Dyrygent wykonał dwa błyskawiczne przysiady i machając gwałtownie batutą przeszedł w piruet taneczny. Huknęły kontrabasy, odpowiedział fortepian w solowej partii, cichym echem powtórzyły angielskie rogi.
- Coś wspaniałego – powiedział siedzący obok jegomość. – Do końca życia nie zapomnę tego koncertu. Nigdy jeszcze nie widziałem, żeby ktoś dyrygował z taką olbrzymią ekspresją.
- Niech pan się nie dziwi- odrzekł sąsiad. – To jest ta jego nowa szkoła dyrygentury. Nikt nie umie tak prowadzić orkiestry…
Umilkł, bo wirtuoz wykonał teraz gwałtowny podskok, szybko wychylił się w prawą, potem w lewą stronę i zamarł w bezruchu. Wreszcie powoli podniósł partyturę i z całej siły grzmotnął nią w pulpit. W dostojnym, przechodzącym w burzę duecie odezwały się kotły, przy wtórze waltorni. Dramatycznie jęknął triangel. Dyrygent rzucił się w prawo, zeskoczył znów z podestu i przykucnął na moment, potem się poderwał, lewą ręką wyrysował w powietrzu esy – floresy, wskoczył z powrotem na podest i trzasnął batutą w pulpit. Znany krytyk muzyczny siedzący przede mną, mruczał do siebie:
- Niezwykłe, niezwykłe! Geniusz nie stroniący od nowatorstwa, samoistne zjawisko w muzyce. Genialne!
Zaczął klaskać, za nim cała sala, brawa przeszły w owację. Umilkły, kiedy dyrygent wyrwał z rąk koncermistrza smyczek i zaczął nim zataczać kręgi. Muzyka doszła szczytu, pompatyczny finał uderzył furioso w kryształowe kandelabry sali koncertowej. Po ostatnim takcie rozległa się burza braw. Dyrygent nie kłaniając się zbiegł ze sceny. W garderobie, dokąd w dalszym ciągu dochodziły odgłosy rozentuzjazmowanej widowni, spojrzał w lustro dotykając ręką czerwonej opuchliny pod okiem.
- Psiakrew! Jednak użądliła!.


Brak komentarzy


Nie ma komentarzy. Możesz być piewrwszy!

Napisz komentarz

Zemsta Bunt

Nie przegap żadnego opowiadania - prenumeruj RSS