JerzyNowosad.org zadebiutował w „Karuzeli” 2/242 styczeń 1967 więcej...

Opublikowano
24.12.1972

Kategoria
Humoreski

Wieczór wigilijny

W dalekich oknach zapalały się choinki. W mroźnym powietrzu zwolna wirowały płatki śniegu na dachach domów i drzewach tworząc białe czapy. Był dzień ciepła i dobroci. Stałem w oknie oczekując pojawienia się pierwszej gwiazdy, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi. Na progu stał nieogolony obdartus w butach, które prosiły się o szewca.
- Cześć - powiedział, niezdecydowanie przestępując z nogi na nogę. Po chwili zebrał się w sobie i wszedł do mieszkania. Rozparł się wygodnie, przysunął do siebie talerz z karpiem po żydowsku i jął spokojnie konsumować.
- Co tak wytrzeszczasz te swoje niewinnie wyglądające oczęta? – zapytał z pełnymi ustami. – Mnie nie zwiedziesz.
- Kim pan właściwie jest i czego sobie życzy? – zapytałem chłodno – Patrzcie! „Pan” do mnie mówi. Nie poznajesz mnie, ty szujo? Ty ohydny paskudniku! No spójrz na mnie, spójrz! Nikogo ci nie przypominam?
- Owszem – odrzekłem zimno. – Zdjęcie z listu gończego.
- Ho! Ho! Sam sobie wystawiasz świadectwo, nędzniku! Jestem twoim sumieniem! Spójrz jak wyglądam! W dniu tak uroczystym jak dzisiejszy postanowiłem rozliczyć się z tobą.
Opadłem w fotel i uważnie przyjrzałem się nieproszonemu gościowi.
– Jak na moje sumienie, gębę masz raczej wredną – rzekłem.
- Nie przypuszczasz chyba, że przy twoich postępkach mogę mieć inną?
Ludzie dokoła mówią, że ja, twoje sumienie, jestem robaczywy. Przypomnij sobie wszystkie swoje niegodziwości. Wówczas mój widok nie będzie cię dziwił. Zacznijmy od spraw najwstrętniejszych. Kobiety. Ile ich porzuciłeś? Ileż łez przez ciebie wypłakały?! Jak ci nie wstyd, ty zbójco seksualny!
Ta mała ruda z pracy, blondynka z kawiarni, pulchna z teatru, znajoma pulchnej, żona sąsiada! Łazarzu ty erotyczny. Przypomnij sobie swoje robaczywe dzieciństwo. Mysz w szufladzie nauczycielki, wyżerane torty i podkradanie pieniędzy z portmonetki mamy. A twoja pierwsza żona? Myślisz, że nie pamiętam setek drobnych kłamstw? Wychodziłeś niby to na brydża, a w rzeczywistości ćwierkałeś po kątach z tą blondynką, którą następnie rzuciłeś podle dla jej znajomej. Nie masz więcej tego karpia, ty degeneracie?
– zmienił ton. – Nie masz. Tak myślałem. Zawsze miałeś tylko siebie na względzie. Chętnie dałbym ci w ten odrapany garnek na kartofle, który u innych ludzi nazywa się twarzą.
Wstałem gwałtownie.
- Proszę wyjść!
- Ha! Ha! – zachichotał obdartus. – Wyrzucasz mnie za drzwi. Brak ci odwagi, żeby stanąć ze mną twarzą w twarz. Odchodzę zatem. Będziesz odtąd bez sumienia, niegodziwcze!
W progu ująłem nieproszonego gościa za kołnierz, krzycząc:
- Nigdy nie znałem żadnej pulchnej kobiety, ani jej przyjaciółki, wyżerałem konfitury a nie torty, nie podkradałem matce, tylko ojcu, to nie była mysz, lecz żaba, a w ogóle nie jestem żonaty, tylko rozwiedziony! A teraz won stąd, bo ty jesteś sumieniem tego faceta z trzeciego piętra!
Zasiadłem podenerwowany przy choince, gdy znowu zadźwięczał dzwonek.
Na palcach zbliżyłem się do drzwi i unieruchomiłem brzęczek gazetą.


Brak komentarzy


Nie ma komentarzy. Możesz być piewrwszy!

Napisz komentarz

Koń w trampkach Zimowe popołudnie

Nie przegap żadnego opowiadania - prenumeruj RSS