Tygrys
Był piękny, pogodny dzień. Za kratami jednej z klatek ZOO spokojnie przechadzał się tygrys. Zatrzymałem się, żeby popatrzeć na piękne zwierzę.
Tygrys obrzucił mnie niechętnym wzrokiem, ziewnął, ukazując rząd kłów i wtedy usłyszałem pytanie wypowiedziane głębokim basem:
- Co się gapisz?
Drgnąłem przerażony. Potężny kot znowu ziewnął i powiedział:
- Tygrysa nie widziałeś?
W bezwładnych myślach przypominałem sobie ostatni kieliszek. To było prawie miesiąc temu. Niemożliwe, żeby tak długo działał. Dotknąłem dłonią czoła. Byłem zdrów. Nie miałem wątpliwości. To mówił tygrys.
- Ty umiesz mówić – wyjąkałem.
- Tylko nie ty, co za ty?! – oburzył się. – Znamy się dopiero od trzech minut. Mów do mnie: „proszę pana”. Pętasz się tutaj po ZOO ze zwolnieniem lekarskim w kieszeni, a ten przystojny brunet z najbliższego sąsiedztwa poszedł pożyczyć od twojej żony szklankę cukru. I chyba już ze dwie godziny pożycza…
Na czole pojawiły mi się krople zimnego potu. Rzeczywiście, na tym samym piętrze mieszka przystojny brunet i stale pożycza od nas cukier. Kiedyś żona zaprosiła go nawet na kawę.
Tygrys wziął na kieł kawałek mięsa i z niedbałą miną zaczął przeżuwać.
- To jeszcze nie wszystko – powiedział krzywiąc się. – Jutro będziesz miał przykrą rozmowę z szefem. Na awans nie masz co liczyć, dostanie go ten facet z księgowości. Przerwijmy rozmowę na chwilę – błysnął przekrwionym ślepiem. – Idzie ten idiota z moim obiadem.
Odwróciłem się. Do klatki tygrysa szedł dozorca. Wrzucił mięso za kraty i poszedł dalej.
- Smacznego – powiedziałem.
- Dziękuję. Wiesz, myślałem kiedyś, żeby zostać jaroszem, ale nic z tego nie wyszło. Lubię jadać konkretnie. Nie masz przypadkiem jakiejś ćwiartki? Zawsze po mięsie strasznie mnie suszy. Nie przejmuj się tym idiotycznym napisem: „Nie karmić zwierząt”. Zresztą tu nic nie ma o piciu
Pobiegłem do sklepu i zaraz wróciłem. Dyskretnie wsunąłem butelkę między kraty. Tygrys wprawnym ruchem wybił korek, wypił trzy czwarte i oddał mi butelkę.
- Osobiście wolę wódki gatunkowe, ale jeśli nie ma innej, piję i taką. – rzekł. – Wracając jednak do twoich spraw: uważałbym na tego bruneta z przeciwka.
- Co mam robić? – wykrzyknąłem.
- Ja bym mu odgryzł cokolwiek – powiedział protekcjonalnie. – Na przykład głowę. No, a ty? Możliwości w tej dziedzinie masz raczej ograniczone. Możesz najwyżej dać mu w zęby.
Pobiegłem do domu. Na stole stała zapomniana szklanka z cukrem, a moja żona miała wypieki na twarzy. Zrobiłem minę człowieka nic nie podejrzewającego. Na drugi dzień miałem przykrą rozmowę z szefem. Nie dostałem awansu!
Zmartwiony poszedłem do ZOO.
- A nie mówiłem? – rozwarł paszczękę tygrys. – To nic! Rzecz do załatwienia!
Przez kilka minut szeptem rozmawialiśmy przy kratach. W następną niedzielę udało mi się namówić żonę i bruneta na przechadzkę do ZOO. Zatrzymaliśmy się przed klatką tygrysa. Brunet nachylił się przez barierkę, żeby odczytać tabliczkę. Wtedy tygrys, robiąc do mnie oko, wychylił łeb przez kraty i ile miał sił w płucach ryknął:
- Odczep się, łobuzie, od żony mojego przyjaciela!!!
Brunet zwalił się jak kłoda. Żona uciekła w popłochu. Uśmiechnąłem się zjadliwie i z satysfakcją uścisnąłem łapę, zbrojną w długie pazury.
- Teraz przyprowadź swego szefa i faceta z księgowości – powiedział tygrys.
Spojrzałem na niego z wdzięcznością i dyskretnie między kraty wsunąłem pół litra wyborowej.

Brak komentarzy