JerzyNowosad.org zadebiutował w „Karuzeli” 2/242 styczeń 1967 więcej...

Opublikowano
11.03.1970

Kategoria
Humoreski

Twarzą w twarz

To był ułamek sekundy. Zatrzymałem się nagle w jakimś podświadomym odruchu i w tej samej chwili uświadomiłem sobie, że to był ON – mój wróg numer jeden. Na jego twarzy błąkał się ten bezczelny, wyzywający uśmieszek, jakim obdarowywać zwykł ludzi, których nie znosił.
Jeszcze w przedszkolu, kiedy ślepe fatum rzuciło nas razem do grupy starszaków, on twierdził publicznie, że jest tym, który najbardziej kocha panią przedszkolankę, choć było zupełnie odwrotnie. To ja najbardziej wielbiłem naszą panią, a on z wrodzonym sobie bestialstwem i skłonnościami do sadyzmu podkładał ciastka tortowe na krzesło, na które ona za chwilę miała usiąść. A później, kiedy tuliliśmy się całą grupą do pani przedszkolanki, on bez skrupułów wywalczał sobie najobfitsze miejsce. W szkole podstawowej, kiedy zajmowaliśmy się szlachetnym sportem pociągania dziewczyn za warkocze, on zaklepał sobie taką z najdłuższymi i któregoś dnia strasznie mnie zbił, gdy przez nieuwagę ja ją pociągnąłem.
W liceum, dokładnie przez cztery lata, byłem zmuszony kochać się w połowie dziewczyny, bo w drugiej połowie on był zakochany. Zrobił to celowo, bo w naszej klasie było dwadzieścia osiem dziewczyn. Straszny ten człowiek, nie dość, że kochał się w lepszej połowie, na domiar złego zabrał mi moją część i po pewnym czasie ożenił się z obydwoma połówkami.
Bestia wyłaziła z niego powoli, ale systematycznie. Na studiach uczył się zawsze z moich wykładów, w bridża zawsze ze mną wygrywał, a egzaminy zdawał psim swędem lepiej ode mnie, nadrabiając miną i tupetem.
Straszny szok przeżyłem pewnego dnia, gdy ujrzałem go w towarzystwie mojej żony. Uśmiechał się do niej obleśnie i sypał idiotycznymi komplementami. Od tego dnia zaczęła się gehenna. Później unikałem nawet przyjaciół, by i tych mi nie odebrał.
A teraz stanęliśmy przez przypadek twarzą w twarz. Uśmiechał się bezczelnie, wyzywająco i to zadecydowało. Nerwy odmówiły mi posłuszeństwa. Uniosłem z ziemi kamień i w straszliwym afekcie cisnąłem prosto w niego. Trafiłem go celnie, lecz on nie zachwiał się, nie upadł, a po prostu zniknął. Właśnie wtedy usłyszałem brzęk tego wystawowego lustra, rozsypującego się na kawałki, proszę Wysokiego Sądu.


Komentarzy: 4

Wysłane przez
Taiffun
2.07.2007 @ 3pm

Jak się cieszę że tu trafiłem. :]
Rewelacyjny styl, wspaniała puenta! ;D


Wysłane przez
Tomasz Topa
2.07.2007 @ 4pm

Genialne :)


Wysłane przez
BoberPL
2.07.2007 @ 5pm

Dzięki za poprawę humoru ;)


Wysłane przez
Dominik
2.07.2007 @ 7pm

Długa podróż przed nami ;)


Napisz komentarz

Dziadek Okrutny Tomahawk

Nie przegap żadnego opowiadania - prenumeruj RSS