JerzyNowosad.org zadebiutował w „Karuzeli” 2/242 styczeń 1967 więcej...

Zapraszamy do lektury codziennej porcji literatury.


Prenumeruj RSS

Czytaj w:

Add to netvibes

Add to Google Reader or Homepage

Dodaj do:

Add to Technorati Favorites


Powieść Jurka:

Ksiażka Czerwone Oczy Wydawnictwo:
Fabryka Słów
Sierpień 2006
ISBN: 83-60505-03-9

Marta Kisiel: Fahrenheit
Bywa, że czytelnik, lektury bliskiej swej duszy spragniony i czytelnicze widmo już z lekka przypominający, dorwie wreszcie coś na kształt książki marzeń, tych dużych i tych maleńkich. A bo autor ulubiony, najukochańszy, a bo temat ciekawy, oryginalny bądź wręcz przeciwnie, znany dobrze, na wylot i na pamięć, a bo... Więcej...

Rafał Chojnacki: Carpe Noctem
Nie ulega wątpliwości, że Nowosad był autorem o niebanalnej wyobraźni. Dlatego też jego powieść nie tylko zaskakuje, ale przede wszystkim dostarcza dobrej rozrywki. Więcej...

Daniel Czarny: Gildia Literatury
Postaci zdarza się ciekawie rozmyślać nad kolejną z rzędu butelką i zaskoczyć celnością swych wywodów. Te dwie niezależne od siebie indywidua tworzą naprawdę zgrany duet – doprowadzają czytelnika do łez i mógłby śmiało zająć miejsce głównych bohaterów w tej infernalnej komedii. Więcej...

Wojciech Gołąbowski: Esensja
Piękna to powieść, w której akcja dzieje się niespiesznie, zwykłym życiowym tempem. Żal, że trzeba się uciekać do fantastyki, by znaleźć dla niej czytelników. Mimo upłynięcia kilkunastu lat od jej napisania nic nie straciła na aktualności. Więcej...

Trashka: Gram.pl
Autor odsłania rzeczywistość do bólu zwyczajną, pełną swojskich akcentów, a jednocześnie zawierającą coś z groteski. Dowcipne i trafne spostrzeżenia odnośnie do polskiej mentalności, naszych dziwactw i przywar narodowych wręcz powalają na kolana niczym nagły cios łopatą w kark. Więcej...

Monika Frenkiel: Czytelnia Onet
Jerzy Nowosad należy do starszego pokolenia twórców polskiej fantastyki, a dokładniej do autorów powieści grozy. Tym razem w jego wykonaniu ukazały się „Czerwone oczy”. Również powieść trącącoa piekielnym smrodkiem i zaświatami, ale na wesoło. Więcej...

Urszula „Husieu” Jakuć: Valkiria
Powieść jest wyśmienita, dopracowana pod każdym względem, również atrakcyjna oprawa graficzna cieszy oko. Z okładki spogląda na nas czerwonooki czort, który podparty gestem sokratejskim intensywnie nad czymś duma... Ponadto początek każdego rozdziału zdobi demoniczny rysunek. Więcej...

Linki:

Biblioteka Narodowa
Cała Polska Czyta Dzieciom
Snowboard

 

Opublikowane
15.11.1973

Kategoria
Humoreski

Bez komentarzy

Kandydat

Ktoś cicho zastukał do drzwi.
- Wejść – warknął zarządca dworu.
W progu ukazał się kamerdyner.
- Ekscelencjo, przybył kandydat na błazna. Oczekuje za drzwiami.
- Śmieszny?
- Nie bardzo.
- Wprowadź go!

Do pokoju wsunął się czlowieczek o okrągłych oczkach. Skłonił się nisko i znieruchomiał w oczekiwaniu na początek rozmowy. Zarządca zlustrował go obojętnym wzrokiem.
- Gdzieś dotąd błaznował, człowieku?
- Różnie bywało, panie. Po książęcych dworach się obracałem, a i królewskie pałace nie są mi obce.
- Czy masz jakieś listy polecające?
- Obawiam się, że nie, ekscelencjo. Moi poprzedni chlebodawcy, zawsze gdym odchodził, polecali mnie wszystkim diabłom.
- Musiałeś być niezgorszym gagatkiem! Pokaż zęby!
- Panie, przecież nie najmuję się jako nałożnica jego wysokości!
- Nie szkodzi. Muszę zobaczyć co będziesz obnażał przed jego wysokością, kiedy będziesz wybuchał gwałtownym śmiechem.
- Rozumiem.

- To dobrze, człowieku. A teraz słuchaj uważnie. Przyjmiemy cię na stanowisko młodszego błazna. Na wyższą pozycję musisz sobie zasłużyć. Dlatego do czapki, którą jutro otrzymasz, wolno ci przypiąć jeden tylko dzwoneczek. Takoż i kaduceusz nie będzie zbyt ozdobny.
- Panie, jestem błaznem już lat dwadzieścia!
- Milczeć. Nie wolno ci obrażać jego wysokości, ani nikogo z jego bliższego i dalszego otoczenia. Nie wolno ci naigrywać się z jego wad, jak również wady jego przyjaciół są nietykalne dla ciebie. Nie pozwalam ci kpić z dam dworu, z dworzan, gwardii, żołnierzy oraz służby. Nie wolno ci wykpiwać urzędników i mieszczan. Od medyków wara, osoba kata niech cię nie nęci. Karczmarzy nie tykaj, nie ruszaj bakałarzy.
- Czy wolno mi dworować z durniów, służalców, niedołęgów i nierobów?

Zarządca wzruszył ramionami.
- Każdy tu pracuje w pocie czoła i tematem do żartów czynić go nie przystoi. A cennik u nas obowiązuje taki: za rozbawienie jego wysokości do rozpuku – sztuka złota. Za rozbawienie kogoś z jego najbliższego otoczenia – grosz. Za rozbawienie pospólstwa – pochwała. Za obrazę jego wysokości – trzy dni ciemnicy o chlebie i wodzie. Za obrazę któregoś z jego przyjaciół - dzień w ciemnicy. Za obrazę dworzanina – w pysk! Za obrazę damy dworu – w pysk! Za obrazę gwardzisty – w pysk!…
- Co zatem wolno mi panie?
- Wolno ci być błaznem.

Człowieczek pokręcił głową.
- Jakże nim być wśród takiego tłumu błaznów – odrzekł i zaraz otrzymał zapłatę według szóstej pozycji cennika.
Uśmiechnął się tedy gorzko, niezawodowo. Bo gdy błazen uśmiecha się sam do siebie, zawsze uśmiecha się z goryczą.



 

Opublikowane
15.07.1973

Kategoria
Humoreski

Bez komentarzy

Alechmik

Marszałek dworu po trzykroć stuknął laską i zaanonsował tubalnie:
- Alchemik waszej wysokości!
Do tronu zbliżył się człowiek rosły, o twarzy szlachetnej i pięknych rysach. Książę obrzucił przybyłego znudzonym wzrokiem i rzekł:
- Już sześć lat jesz mój chleb, pijesz moje wino i straże moje twych komnat pilnują. Od lat sześciu skarbnik wypłaca ci dukaty i sługi do posług dostałeś. Dziś rad bym wiedzieć, jakie są wyniki twojej pracy, a moich o ciebie starań. Rzeknij alchemiku: otrzymałeś już złoto w czystej postaci?
Przybysz skłonił się z powagą, zamiatając posadzkę kapeluszem strojnym w strusie pióra.
- Panie – odrzekł. – Dzięki ci za twoje starania, sługi i dukaty. Ale ze smutkiem muszę ci oznajmić, że to co było celem doświadczeń – złoto, nie zostało przeze mnie uzyskane.
Książę pan skrzywił się zawiedziony i ciężko westchnął. Alchemik skłonił się ponownie.
- Chciałbym cię jednak powiadomić, panie, o innym moim wynalazku, nie mniej ciekawym niż odkrycie kamienia filozoficznego czy eliksiru wiecznej młodości.
Władca uniósł wysoko głowę a i dworacy pilnie nadstawili uszu.
- Udało mi się uzyskać ludzką głupotę w czystej postaci.
Kniaź rozwarł usta ze zdziwienia i w tym niezbyt inteligentnym grymasie trwał przez chwilę.
- Więc powiadasz ?…
- Tak, panie! Pozwól, że odpowiem nim zapytasz. Każdego z twych poddanych potrafię ocenić czy głupcem jest, czyli mądrym i za pomocą doświadczeń skomplikowanych rzecz tę wykazać najprawdziwiej.
- I z każdym tę rzecz uczynić potrafisz? – zdumiał się książę. – Niezależnie od jego stanu, majątku, przekonań i bez ukrzywdzenia badanej persony?
- Rzekłeś, o panie!
- Nuże zatem, wykaż mi zaraz jakim jest mój marszałek dworu!
Książę pan, alchemik i dwór cały podążyli do komnat mistrza. Marszałek dworu wsadził nos do kulistej bańki, zaś alchemik preparaty jakoweś przygotowywał, w retortach mieszał, aż swąd wypełnił pomieszczenie.
Po jakimś czasie książę pan ujrzał w rękach mistrza sporą garść rdzawego proszku.
- Panie – zwrócił się alchemik do władcy. – Nawet z osła dałoby się tyle głupoty wykrzesać.
- Zdumiewające – zawołał kniaź. – Mistrzu, czyń więc dalej swoje eksperymenta i przebadaj mi małżonkę moją, księżną panią.
Alchemik zawahał się.
- Czy to wypada, wasza wysokość?
- Skoro ci rozkazuję, czyń to!
Po dwóch kwadransach doświadczeń alchemik smutno zwiesił głowę. Książę zachichotał:
- Nuże, śmiało!
- Tak jest, panie. Księżna pani, to z grubsza rzecz biorąc, idiotka.
- Doskonale – książę bawił się świetnie. – Nie myślałem, że jest aż tak krytycznie, ale widzi mi się, iż twoje doświadczenia są daleko bardziej precyzyjne od moich przypuszczeń. Bierz teraz w obroty mego błazna.
Błazen usiłował wymknąć się cichaczem, ale go powstrzymano i wsadzono nos do bańki. Alchemik podjął pracę, a potem oznajmił:
- Niebezpiecznym jest człowiek, który uchodzić chce za głupca, a wcale nim nie jest.
Gdy zamek pogrążył się we śnie i słychać było tylko kroki i nawoływania straży na murach, cień jakowyś przemknął do pokojów alchemika. Mistrz zdumiony przetarł oczy ze snu:
- Wasza wysokość?!
- Pst! Przyszedłem, abyś i mnie przebadał…
Jaki był wynik tych doświadczeń, nie wiadomo, bo alchemika powieszono tuż przed świtem. Wraz z nim zaginęła tajemnica jego wynalazku.
Może to i dobrze…



 

Opublikowane
15.05.1973

Kategoria
Humoreski

Bez komentarzy

Bitwa nad Allelują

Bitwa nad niewielką rzeczką Allelują nie przeszła do historii. Za to kronikarze obu walczących stron zdrowo oberwali po pyskach, które , nawiasem mówiąc, nie były doskonałymi egzemplarzami męskiej urody.
Myliłby się jednak ten, kto by przypuszczał, że lanie, jakie im zgotowano było dziełem żołnierzy wojsk przeciwnika. Zgoła inaczej rzecz się miała a i tak powinni oni dziękować losowi, że na tym się jeno skończyło, bo poniektórzy wojacy przebąkiwali o suchych gałęziach, albo wręcz o czymś gorszym znacznie.
Zdarzenia zaś miały się następująco:
Nad niewielką rzeczką Allelują z jednej strony nadciągały dwa bataliony łuczników, cztery pułki kuszników, sześć szwadronów ciężkiej jazdy i ponoć nieco dragonii. Z drugiej strony brzegu stanęły trzy bataliony tarczowników, pułk łuczników, sześć pułków miotaczy kamieni, batalion sanitarny oraz kilkudziesięciu kirasjerów z armatą, o której nie warto wspominać, bo i tak ją rozdymało po każdym wystrzale.
Gdy padła komenda: „Do boju gotuj się!” – walczące strony zwarły szeregi. Kusznicy i łucznicy napięli cięciwy, błysnęły szable kirasjerów i jedyna armata, a lance dragonów opadły tuż nad końskie łby. Wodzowie obu stron wysunęli się na czoło i już, już obie potęgi miały runąć na siebie, kiedy wódz po lewej stronie rzeczki powstrzymał swoich ruchem ręki.
- Czy mogę o coś zapytać? – wrzasnął w kierunku drugiego brzegu.
- Kto pyta nie błądzi! – odpowiedział wódz z tamtej strony.
- Chciałem się tylko jednego dowiedzieć. – O co wam właściwie chodzi?
Wódz z prawego brzegu Allelui wzruszył ramionami.
- Dokładnie nie wiem. Nie obracam się w sferach dworskich, ale opowiadano, że wasz ambasador odwrócił się tyłem do naszego księcia pana w czasie audiencji.
- Coś podobnego – zdumiał się wódz z lewej strony rzeczki.
- Tak, tak. Ten ramolowaty tetryk, który nami włada, zawsze był diablo obraźliwy. Osobiście nie widzę nic niewłaściwego w zadku ambasadora.
- Rzeczą nie do ukrycia jest fakt, że nasz ambasador zawsze miał maniery nieokrzesanego kołka – stwierdził dobitnie wódz po lewej stronie Allelui a odwracając się do swoich żołnierzy, ryknął:
- Chce się wam chłopcy?!
- G…o tam!!
Podobną w sformułowaniu odpowiedź, lecz w treści jeszcze mniej nadającą się do przytoczenia, usłyszał od swego żołnierstwa wódz z prawego brzegu.
Huknęło zdrowo po obu stronach rzeczki, echo poniosło do taborów, ale nie grzmiały to muszkiety, ani jedyna armata, lecz szpunty od beczek z piwem. Obie armie przemieszały się, jędrny śmiech wypełnił dolinkę Allelui i słychać było bulgot piwa przelewanego do kubków.
Nagle wszystko ucichło. Oczy wodzów i wojów zwróciły się ku dwóm jegomościom, którzy dzielnie skrobali coś w pergaminach. Podszedł do nich jeden z żołnierzy, wyszarpnął spod gęsich piór pergaminy i jął na głos czytać:
- Starły się nad rzeczką Alleluja dwie armie olbrzymie. Ustawione na wzgórzach ryczały armaty. Trup padał gęsto, lecz żadna ze stron o pardon prosić nie myślała. Wodzowie na białych koniach buławami kierowali nieśmiertelnych rycerzy swoich na śmierć i „bij zabij” głośne szło po zwartych szeregach…
Wódz po lewej stronie wstał powoli, przeciągnął się aż w stawach zatrzeszczało i rzekł:
- Coś mi się widzi, że ktoś tu zaraz w pysk brać będzie!
- Prawdę mówisz – potwierdził wódz z prawej strony i sięgnął po korbacz.
Co się działo dalej – nie ma potrzeby opisywać. Obaj skrybowie obici jak ulęgałki czmychnęli z pola niedoszłej bitwy, a po powrocie wojsk na zimowe leża obu książętom też się niezgorzej oberwało.
I choć dziejopisowie milczą na temat Allelui - celu nie osiągnęli, bo jakże często przekorna pamięć ludzka sięga po to, co w historii pomijane jest milczeniem, niźli po to, co kroniki na plan pierwszy wytykają.



 

Opublikowane
30.04.1973

Kategoria
Humoreski

1 komentarz

Następca tronu

O północy zaczęły bić dzwony. Ryknęły ustawione na podmiejskich wzgórzach spiże. Podpalono wypełnione smołą beczki. Straż miejska biła w bębny, karczmarze wytaczali antały piwa przed zajazdy i nawet dziewki były tańsze niż zazwyczaj. Na zamkowym podworcu służba stoły stawiała, wypełniając je wszelakim jadłem i napitkiem. Przypadkowym przechodniom podawano puchary pełne przednich nalewek, by toast za następcę tronu spełnić mogli.
Tymczasem na dworze przygotowywano wielką salę balową, gdzie trzydniowe igrce trwać miały. Żwawo poruszali się najprzedniejsi kucharze, biegali kuchciki przynaglani trzonkami warząchwi. Na wielkich rożnach porozkładanych w zamkowym ogrodzie piekły się woły, podsmażano barany, podlewano tłuszczem jagnięta, a rozkoszne zapachy niosły się na gród cały.
U wyjścia z piwnic klucznik laską podgrzewał pachołków wytaczających beki z miodem i winem, przeto jego zmysł równowagi ucierpiał na tym nieco.
Wrzało też w gotowalniach fraucymeru. Na drewnianym podeście uwijał się cyrulik z pomocnikiem, a to włosy damom przygładzał i pachnidłami namaszczał, a to peruki z włosia jak druty w pukle trefił. Krawcowa i bieliźniane biegały jak opętane, podszywając bogate jedwabie złotem, srebrem i bielą pereł.
Otoczony rojem wielmożów i przedstawicieli mieszczaństwa następca tronu przechylił kryształowy pucharek przedniego burgunda, ostatnią kroplę strząsnął na podłogę i z namysłem odstawił naczynie na stół. Skinieniem głowy podziękował chórowi życzeń.
- Podatek od majątku zniosę. Znienawidzonego szefa policji każę powiesić. Kiedy skończą się bale po koronacji, osobiście dopilnuję rąbania galer na opał, który rozdany między ubogie pospólstwo będzie. Pochlebców starego króla oddalam ze dworu. Niech mi żaden w grodzie zjawić się nie waży. Z nastaniem świtu otworzyć wszystkie więzienia. Radość ma być w państwie i każdemu po temu daję prawo…
Zagrzmiały wiwaty. Na zamkowy podjazd wtoczyła się kareta w szóstkę koni, za nią dragoni w honorowej asyście, którzy do katedry, gdzie koronacja miała się odbyć, wieźć następcę tronu mieli.
Znów zahuczały ustawione na wzgórzach spiże. Na murach stanęli heroldowie i zagrzmiały fanfary powitalne. Nowy pan i władca jechał do katedry po odbiór insygniów swojej władzy.
Na ulicach bawił się lud. Grajkowie dęli w piszczałki i fujarki, bili w bębenki i werble. Roztańczony tłum podążał za karetą wywijając pochodniami.
Jeden tylko człowiek nie ruszył za ciżbą. Siedział na beczce z piwem przed wielką opustoszałą karczmą i z pijacką markotnością medytował nad kuflem.
- Trzecia koronacja, której nie chcę oglądać – wybełkotał i zaraz tęgo pociągnął z kufla. – Następca tronu zawsze ma swego następcę. Zniósł podatek od majątku. Ha! Ha! Dobre sobie! Za to myto na drogach i rogatkowe potroił. Szefa policji każe powiesić! Pewnie! Stary król też to kazał uczy-nić w dzień swojej koronacji. Nic tak nie zaskarbia zaufania jak powieszenie człowieka, którego lud nienawidzi. Pochlebców starego króla oddalił. Lud pomyśli, że czyn to szlachetny. Ale ja wiem, że zrobił to dlatego, bo swoich ma pod dostatkiem. I galery też można porąbać, skoro kamieniołomy przygotowane. Opróżnił więzienia! Będzie ich potrzebował dla swoich przeciwników, ten młody pyszałek.
Mężczyzna zakolebał się na beczce i wylewając resztę piwa na bruk, wrzasnął za oddalającym się tłumem:
- Dokąd zmierzacie głupcy i z czego się cieszycie?! Ja, jako instytucja, trwam!
I zwalił się jak kłoda.
Człowiek ów był katem.



 

Opublikowane
30.03.1973

Kategoria
Humoreski

Bez komentarzy

Wieprz

Kniaź wyciągnął się na rozłożystej łożnicy i z lubością powiódł wzrokiem po ścianach obwieszonych niedźwiedzimi skórami i wszelakiego rodzaju bronią. Dzień zapowiadał świetne polowanko. Przymknął tedy oczy i rozmarzył się. Nagle drgnął; gdzieś z głębi alkowy dobiegło jego uszu chrząknięcie. Oczy kniazia zrobiły się okrągłe niczym talary, które bito w jego mennicy; na puszystym dywanie książęcej sypialni leżał wieprz. Wieprzak był różowy i tłusty. Wyciągnął raciczki i lekko pogwizdywał przez sen.
Widok ten wyraźnie wyprowadził kniazia z równowagi. Porwał ze ściany ciężki, obosieczny miecz i wybiegł na pokoje.
- Kto mi go podłożył? Czyja to sprawka?
Na łysinie hetmana koronnego pojawiły się wielkie krople potu, podskarbiemu odnowił się tik, polegający na trzepotaniu lewego ucha, konkubina kniaziowa żałować, że nie wyszła za mąż za pewnego kawalera, który ofiarował się jej dwa lata temu.
- Kto go podłożył? Pytam po raz ostatni?!
Hetman koronny nie wytrzymał. Padł na kolana i zalał się łzami:
- Ja, panie! Przyznaję się! To ja podłożyłem waszej wysokości do podpisu ten mój nieudany rozkaz, który sprawił, że w bitwie pod Allelują wytraciłem połowę żołnierzy twojej drużyny.
- Milcz ośle! – miecz gwizdnął złowróżbnie. – Nie o to chodzi!
Kniaź rozpłatał stół i dwa kryte jedwabiem stolce. Drzazgi sypnęły po twarzach obecnych.
- Wasza wysokość!
Kniaź zatrzymał się w rozpędzie. Konkubina załkała cichutko:
- Przyznaję się. Otwarcie. Mimo pozorów, które stwarzałam, nie byłeś kniaziu jedynym mężczyzną mego życia.
- Nie? – zdumiał się kniaź. – Ale mieszczę się chyba w pierwszej dziesiątce na punktowanym miejscu?
- W pierwszej dziesiątce tak, ale niestety na miejscu bez punktów.
- Milczeć! – z olbrzymiego świecznika zrobiły się dwa.
- To ja! – podskarbi zatrzepotał lewym uchem. – Tnij kniaziu, jam winien! Jam brał łapówki od poddanych, jam wyciskał z nich ostatnie grosze na podatki, okradał twoją szkatułę i szafował ciemnicą dla tych, co mi się sprzeciwiali. A na wszystko brałem podkładki z twoją osobistą akceptacją. Ja też bez przyzwolenia polowałem w twoich lasach, podszczypywałem twoje dwórki, a u twojej konkubiny jestem na punktowanym miejscu.
- Fiu, fiu… – zagwizdał kniaź z podziwu. – Zebrało ci się nieco tych historii – i chciał jeszcze coś rzec, gdy przez drzwi wsunął się zalękniony sługa:
- Wasza wysokość, świniopas pyta czy nie było tu jakiejś świni?
Kniaź skłonił się ku obecnym z ironiczną admiracją:
- Miło mi było gościć państwa u siebie – zachichotał zjadliwie. – Do zobaczenia w książęcych kamieniołomach.
Po czym zwrócił się do sługi:
- Owszem. Jest tu jedna świnia, mój drogi. Ale bardzo porządna. W mojej sypialni.



 

Opublikowane
15.02.1973

Kategoria
Humoreski

Komentarzy: 3

Bydlę

Przy trzecim kieliszku czułem się jeszcze zupełnie dobrze. Przy czwartym stało się. Wylazło ze mnie bydlę. Buchnęło parą z nozdrzy i kaprawymi oczami potoczyło wokoło. Przerażony cofnąłem się o krok. Bydlak zarechotał obrzydliwym śmiechem ukazując rząd przerzedzonych, krzywych zębów.
- Nie bój się! Jestem tylko twoim drugim ja.
Zatrzymał się przed lustrem i przez chwilę trwała cisza, w której kontemplował swój widok.
- Nie da się ukryć, że jako twoje alter ego daleko mi do przyjemnych rysów miłego człowieka. Mój wygląd jest średnią arytmetyczną Frankensteina, King Konga i Drakuli. Świat jest, niestety, tak paskudnie urządzony, że obraz alter ego zależy od oryginału. W moim smutnym przypadku oryginałem jesteś ty i właśnie dlatego nie ma dla mnie ratunku. Jestem bydlę i tylko tyle mogę o sobie powiedzieć.
- Po co przyszedłeś? – wycharczałem.
Bydlę wsunęło papierosa między kły i z lubością zaciągnęło się dymem.
- Właściwie wylazłem z ciebie bez określonego celu. Ot, tak sobie. Tym gorzej dla ciebie i dla mnie. Z innego człowieka bydlę wychodzi dla osiągnięcia bardziej lub mniej nieuczciwych celów, a z ciebie wyszło bydlę – czyli ja – zupełnie bez przyczyny. Absolutna sztuka dla sztuki. Stało się tak dlatego, że całkowicie wypełniam twoją osobowość. Jestem podstawową cechą twego charakteru, który jest wyjątkowo robaczywy. Przyznać musisz, że w większości przypadków jestem motorem twego działania. Zapytałeś mnie obcesowo po co właściwie przyszedłem? Jesteś osobnikiem zarozumiałym i próżnym. W tych cechach nie ustępuję ci zupełnie. Rozumiesz teraz, że w bezmiarze mojej próżności chcę ci się po prostu pokazać. Przy okazji stwierdzisz naocznie co w tobie siedzi naprawdę i jak daleki jesteś od wizerunku dobrego, serdecznego człowieka, którym usiłujesz mydlić innym oczy. Jednak na pocieszenie mogę ci powiedzieć, że nie ty jeden posiadasz drugie ja w tak ohydnej postaci w jakiej mnie teraz widzisz.
- Inni też? – zapytałem słabym głosem.
- Też. Nie jesteś nieszczęśliwym wyjątkiem w tej dziedzinie. A tę niewinną minę możesz sobie wobec mnie darować. Prymitywna sztuczka. Na którą nawet ludzie nieco cię znający nie dają się nabrać.
- Więc nie jestem jedyny.

- O, nie! Choć jeśli chodzi o mnie, to znaczy o bydlę, które w tobie tkwi, mało kto może z tobą konkurować.
Gdy patrzało toto na mnie swymi przekrwionymi ślepiami, pomyślałem, że nadarza mi się wyjątkowa okazja pozbycia się go. Uchwyciłem się tej myśli jak ostatniej deski ratunku. Pozbędę się tkwiącego we mnie bydlęcia, stanę się człowiekiem uczciwym na wskroś. Z sercem na dłoni pójdę przez życie. Stanę się sprawiedliwy. Mój charakter przypominać będzie kryształ. To jest myśl. Z całą zaciekłością zacisnąłem ręce na szyi bydlaka aż oczy uciekły mu z orbit. Ocknąłem się, nie mogąc złapać tchu. Spojrzałem na własne ręce, które zaciskały mi się na szyi.Nie pierwszy raz mi się to zdarzało.



 

Opublikowane
15.01.1973

Kategoria
Humoreski

Bez komentarzy

Zimowe popołudnie

Strzepnąłem śnieg z kapelusza. Zmierzchało. Gdy podniosłem głowę, spostrzegłem, że stoi przede mną jegomość. Wzrostu był słusznego, sporej postury i twarz miał szczerą. Ale to stwierdziłem nieco później. Ubrany bowiem był dość niezwykle. Stalowy napierśnik połyskiwał matowo w świetle latarni, nagolenniki i nałokietniki chrzęściły przy każdym ruchu. Powoli podniósł przyłbicę. Wyciągnął rękę wielką jak bochen chleba.
- Zyndram jestem – powiedział i dodał od razu – z Maszkowic.
- Ciekawe – odparłem bez zainteresowania.
- Co ciekawe? – zapytał – To, że Zyndram, czy to, że z Maszkowic?
- Jedno i drugie.
Wzruszył ramionami. Rozejrzał się po ośnieżonych drzewach parku.
- Szef kazał mi przyprowadzić chorągiew mazowiecką, ale zbłądziłem.
- A kto jest pana szefem? – zapytałem.
- Władek. Zna go pan?
- Z imienia nie. Może z nazwiska.
- Jagiełło.
- Trochę znam. Ze słyszenia.
- A, no widzi pan. Mamy jednak wspólnych znajomych. Czy mógłby pan poczęstować mnie papierosem?
Wyjąłem papierośnicę. Zaciągnął się głęboko i westchnął.
- Wie pan co? Najgłupsze jest to, że pojęcia najmniejszego nie mam, gdzie ta mazowiecka chorągiew może być. Sześciuset chłopa i jak kamień w wodę. Szef może mieć pretensje. Pewnie za spódniczkami się gdzieś uganiają. Zna pan jakieś nowe kawały?
- Nie.
- Niedawno słyszałem taki dowcip: mówi jeden facet do drugiego, bo jak wiadomo w dowcipach występują zawsze dwaj faceci. Więc ten jeden mówi: czy wiesz dlaczego tramwaj zakręcywa? Ten drugi odpowiada, że nie wie. Wtedy te pierwszy: bo mu się szyny wygły. Ha! Ha! Ha! Dobre, co?
- Niedobre.
- Ma pan rację. Zupełnie do niczego. Opowiedziałem tylko dla rozładowania atmosfery. Jagienkę pan zna?
- Słyszałem o niej. Podobno orzechy rozgniatała.
- Ee, skąd, już dawno nie. Dziadek do orzechów ją boli. Ale chryja to będzie. Niedobór na sześciuset chłopa. Mnie się też dostanie. Mam wrażenie, że już się nieco spóźniłem.
- Rzeczywiście, trochę się pan spóźnił.
- Pożyczyłby mi pan ze sto złotych do pierwszego? Nie mam na pociąg do Grunwaldu. Oddam na pewno.
Wyciągnąłem banknot z portfela i podałem mu. Mężczyzna spoważniał.
- Jest pan strasznie naiwny. Pierwszy raz pan mnie widzi i pożycza bez wahania pieniądze. Czy nie przyszło panu na myśl, że blaguję? Ja w ogóle nie nazywam się Zyndram! I wcale nie jestem z Maszkowic! Jak pan mógł w to uwierzyć! Smutno panu, co?
- Pewnie, że mi smutno. – odpowiedziałem – A jak naprawdę pan się nazywa?
- Ivanhoe. Wierzy pan?
- Nie bardzo. Powinienem przecież znać pana.
- Pan? Ciekawe czemu?
- Bo nazywam się Robin Hood.
Ocknąłem się z potwornym bólem głowy. Kątem oka zdołałem dostrzec, że bibliotekarka i kilka osób wyciąga mnie spod regału literatury pięknej.



 

Opublikowane
24.12.1972

Kategoria
Humoreski

Bez komentarzy

Wieczór wigilijny

W dalekich oknach zapalały się choinki. W mroźnym powietrzu zwolna wirowały płatki śniegu na dachach domów i drzewach tworząc białe czapy. Był dzień ciepła i dobroci. Stałem w oknie oczekując pojawienia się pierwszej gwiazdy, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi. Na progu stał nieogolony obdartus w butach, które prosiły się o szewca.
- Cześć - powiedział, niezdecydowanie przestępując z nogi na nogę. Po chwili zebrał się w sobie i wszedł do mieszkania. Rozparł się wygodnie, przysunął do siebie talerz z karpiem po żydowsku i jął spokojnie konsumować.
- Co tak wytrzeszczasz te swoje niewinnie wyglądające oczęta? – zapytał z pełnymi ustami. – Mnie nie zwiedziesz.
- Kim pan właściwie jest i czego sobie życzy? – zapytałem chłodno – Patrzcie! „Pan” do mnie mówi. Nie poznajesz mnie, ty szujo? Ty ohydny paskudniku! No spójrz na mnie, spójrz! Nikogo ci nie przypominam?
- Owszem – odrzekłem zimno. – Zdjęcie z listu gończego.
- Ho! Ho! Sam sobie wystawiasz świadectwo, nędzniku! Jestem twoim sumieniem! Spójrz jak wyglądam! W dniu tak uroczystym jak dzisiejszy postanowiłem rozliczyć się z tobą.
Opadłem w fotel i uważnie przyjrzałem się nieproszonemu gościowi.
– Jak na moje sumienie, gębę masz raczej wredną – rzekłem.
- Nie przypuszczasz chyba, że przy twoich postępkach mogę mieć inną?
Ludzie dokoła mówią, że ja, twoje sumienie, jestem robaczywy. Przypomnij sobie wszystkie swoje niegodziwości. Wówczas mój widok nie będzie cię dziwił. Zacznijmy od spraw najwstrętniejszych. Kobiety. Ile ich porzuciłeś? Ileż łez przez ciebie wypłakały?! Jak ci nie wstyd, ty zbójco seksualny!
Ta mała ruda z pracy, blondynka z kawiarni, pulchna z teatru, znajoma pulchnej, żona sąsiada! Łazarzu ty erotyczny. Przypomnij sobie swoje robaczywe dzieciństwo. Mysz w szufladzie nauczycielki, wyżerane torty i podkradanie pieniędzy z portmonetki mamy. A twoja pierwsza żona? Myślisz, że nie pamiętam setek drobnych kłamstw? Wychodziłeś niby to na brydża, a w rzeczywistości ćwierkałeś po kątach z tą blondynką, którą następnie rzuciłeś podle dla jej znajomej. Nie masz więcej tego karpia, ty degeneracie?
– zmienił ton. – Nie masz. Tak myślałem. Zawsze miałeś tylko siebie na względzie. Chętnie dałbym ci w ten odrapany garnek na kartofle, który u innych ludzi nazywa się twarzą.
Wstałem gwałtownie.
- Proszę wyjść!
- Ha! Ha! – zachichotał obdartus. – Wyrzucasz mnie za drzwi. Brak ci odwagi, żeby stanąć ze mną twarzą w twarz. Odchodzę zatem. Będziesz odtąd bez sumienia, niegodziwcze!
W progu ująłem nieproszonego gościa za kołnierz, krzycząc:
- Nigdy nie znałem żadnej pulchnej kobiety, ani jej przyjaciółki, wyżerałem konfitury a nie torty, nie podkradałem matce, tylko ojcu, to nie była mysz, lecz żaba, a w ogóle nie jestem żonaty, tylko rozwiedziony! A teraz won stąd, bo ty jesteś sumieniem tego faceta z trzeciego piętra!
Zasiadłem podenerwowany przy choince, gdy znowu zadźwięczał dzwonek.
Na palcach zbliżyłem się do drzwi i unieruchomiłem brzęczek gazetą.



 

Opublikowane
24.12.1972

Kategoria
Humoreski

Bez komentarzy

Koń w trampkach

Pewnego zdumiewająco świeżego poranka, na ulicach stolicy zdumiewająco małej prowincji N., pojawił się zdumiewający obrazek. Główną aleją miasta spokojnie spacerował koń w trampkach. Prychał wesoło chrapami, będąc wyraźnie dumny ze sznurowadeł zawiązanych w eleganckie kokardki.
Mieszkańcy stolicy prowincji N. przechodzili obok konia raczej obojętnie, stosując się do starego, ludowego porzekadła swoich przodków: „Co to kogo obchodzi, że koń w trampkach chodzi”. I nic zapewne nie wywołałoby sensacji, gdyby na balkonie pałacu należącego do zarządcy prowincji nie otwarły się z trzaskiem drzwi.
- Wasza Wysokość! – krzyknął w głąb komnaty pokojowiec o końskiej twarzy i w trampkach na nogach. – Przeciwnicy polityczni znów robią niejasne aluzje!
- Aluzje polityczne? – zdumiał się gubernator. – Ciekawe!
Przerwał zatem poranną gimnastykę i wraz z osobami towarzyszącymi wyszedł na balkon.
- Trampki na podeszwach z kauczuku - skonstatował po chwili milczenia. – Sznurowadła fantazyjne, a koń srokaczem czystej krwi arabskiej. Ciekawe, jak to rozumieć?
Zwierzę tymczasem skubało bratki ulicznego klombu. Minister do spraw Kontroli Użyteczności Dróg Publicznych, którego dowcip swoją lekkością przypominał zdrowego słonia, przemyślał wydarzenie dogłębnie i rzekł:
- Jeśli w tej prowincji konie chodzą w trampkach, osłom należy wdziać tenisówki.
Dwie sekundy później utracił tekę ministra, otrzymując w zamian nominacje na stanowisko, które pozwalało na dokładniejsze studiowanie obyczajów koni w trampkach. Został mianowany naczelnikiem miejskiej rzeźni. Bolesną stroną tej zmiany było to, że fotel naczelnika miejskich zakładów zarzynania nie upoważniał do goszczenia w gubernatorskiej willi. Toteż były minister opuścił ją sposobem najprostszym: spadł na rabaty znajdujące się pod balkonem i legł między gladiolami.
- Osioł w tenisówkach! – warknął bezosobowo gubernator. – Dureń! – i z lubością popatrzył na swoje stopy obute w białe pepegi.
Minister Wyżywienia Kalorycznego spojrzał z właściwą sobie bystrością w dół:
- Przypomina to cyrk. Odnosze wrażenie, że dają nam do zrozumienia, iż to, co robimy w tej prowincji, jest jednym, wielkim cyrkiem.
W chwilę potem objął stanowisko kierownika stoiska sprzedaży ryb żywych i solonych w sklepie na peryferiach miasta, po czym zajął miejsce na klombie w miłym towarzystwie naczelnika rzeźni miejskiej.
- Przejrzałem tę aluzję! – ucieszył się naraz szef gwardii pałacowej. – To jest przytyk do osobistej ochrony waszej wysokości. Dają nam do zrozumienia, że gwardziści zachowują się jak konie.
W samej rzeczy pałacowa gwardia chodziła w trampkach, żeby nie zakłócać spokoju właściciela pałacu. Za szczerość szef gwardii zleciał w klomb w stopniu stójkowego.
Do konia podszedł jakiś człowiek i ujął go za uzdę. Gubernator wychylił się z balkonu i przywołał go gestem.
- Powiedz mi, dobry człowieku, dlaczego ten koń chodzi w trampkach?
- Wasza wysokość – odparł właściciel ssaka – po prostu nie stać go na lakierki.
Gubernator zakrztusił się śmiechem, tracąc przy tym równowagę. Spoczął na klombie między stójkowym, naczelnikiem rzeźni i kierownikiem stoiska. Wypoczywając w gladiolach dostrzegł, że jego miejsce na balkonie zajął pokojowiec przebrany już w uniform zarządcy prowincji. Pokojowiec pokiwał mu przyjaźnie dłonią:
- Wasza była wysokość musi przyznać – zawołał do eksgubernatora – że do upadku doprowadziło go końskie poczucie humoru.
 - To prawda – westchnął zapytany – rasowy polityk nie powinien dziwić się byle koniowi w trampkach. Mam jednak nadzieję – dodał – że i ty się kiedyś zadziwisz.
I jął przemyśliwać skąd by można pożyczyć słonia na wrotkach.



 

Opublikowane
12.10.1972

Kategoria
Humoreski

Bez komentarzy

Ostatni letni pociąg

Na niewielkiej letniej stacyjce oczekiwałem ostatniego letniego pociągu. W ciepłym jeszcze powietrzu snuło się babie lato, a las po przeciwnej stronie toru grał pełną gamą barw. Lśniła ciemna zieleń, połyskiwał brąz, gdzieniegdzie jarzyło się złoto. Kontemplowałem właśnie ten przepyszny widok, gdy obok mnie na ławeczce usiadł niewysoki mężczyzna w konduktorskim mundurze. Westchnął marzycielsko i spojrzał w dal…
- Pan również oczekuje ostatniego letniego pociągu? – zapytał.
Od razu poczułem sympatię do tego smutnego człowieka. Było coś niezwykłego w jego tęsknym, zadumanym spojrzeniu.
- Tak – odrzekłem nadając głosowi ciepły ton. – Czekam na ten właśnie pociąg.
Mężczyzna uśmiechnął się w zamyśleniu.
- A ja – rzekł po krótkiej chwili – oczekuję każdego pociągu przybywającego na tę leśną stacyjkę. Niezależnie od pory roku, pogody i samopoczucia. Czekam aż o n a przyjedzie.
- Osoby długo oczekiwane zawsze w końcu przybywają – pocieszyłem go.
Popatrzył zamglonym wzrokiem na horyzont. Babie lato zwolna oplatało tablicę z nazwą stacyjki.
- Już dwa lata spędzam na oczekiwaniu – westchnął ponownie. – Przeklęte uczucie jesienne! Czy zechce pan wysłuchać mojej historii? – spojrzał na mnie z wyraźną nadzieją.
- Jeżeli tylko mógłbym być panu w czymś pomocny…
Podziękował mi łagodnym uśmiechem i zaczął bez ociągania:
- Jeszcze dwa lata temu obsługiwałem ten ostatni, letni pociąg. Prezentowałem się chwacko, a kleszcze w moich rękach raz po raz przecinały bilety podróżnych z właściwą gracją. Był dzień taki jak dziś. Wszedłem do przedziału dla niepalących i wtedy spostrzegłem j ą. Była opalona, we włosach miała jeszcze resztki babiego lata i pachniała wrzosem. Gdy wziąłem z rąk nieznajomej pasażerki ciepły kartonik do przecięcia, uczułem gwałtowną chęć przytulenia jej do serca. Zwolna ogarnęło mnie miłe, jesienne uczucie. Uniosła wzrok znad rozkładu jazdy i wtedy właśnie między nami nawiązała się nić sympatii. A wtedy ja…Och, przeklęte wynaturzenie profesjonalne!!! Wtedy ja zacisnąłem kleszcze i nić tę nieopatrznie przeciąłem!
W kącikach oczu nieznajomego zamigotały łzy.
- Był to błąd nie do naprawienia – ciągnął – Sytuację wykorzystał pewien pasażer z pierwszej klasy obdarzony wyglądem brutala. Prawie natychmiast powiązał się z nieznaną, a jakże mi bliską pasażerką, grubą nicią prymitywnych pożądań.
- Smutna jesienna opowieść – wyszeptałem.
- Niebaczna na łomotanie mego serca, unicestwiła moje sny. Kupido ze mnie drwi, gdy przesiaduję tu na tej ławeczce. Zmięty życiorys, zadra w sercu i oczekiwanie, to wszystko co pozostało mi po tamtej konduktorskiej zmianie. A tam łaknie jej ten cham, bez znajomości duszy dam.
- Pan mówi słowem wiązanym?
- Zawsze, kiedy wspominam tamte chwile, zaczynam mówić wierszem – odparł nieznajomy i westchnął: - O, piękna pasażerka przedziału mego serca, odjechałaś podmiejskim o siedemnastej trzydzieści siedem, zostawiając mnie między peronem a niebem.
Zamilkł na chwilę i spojrzał na wjeżdżający na stację ostatni, letni pociąg, z którego nikt nie wysiadł.
- Między peronem a niebem – powtórzył nieznajomy i oddalił się powoli, a ja pomyślałem z niechęcią o pani, która odjechała podmiejskim o siedemnastej trzydzieści siedem z panem o brutalnym wyglądzie. Wtedy odczułem chłodny powiew jesieni.



← Poprzednie Następne →

Nie przegap żadnego opowiadania - prenumeruj RSS