Nad morzem
Rzeczywiście, dopiero w tym roku po raz pierwszy udało mi się wyjechać nad morze. Zaprosił mnie do siebie stryj Eliasz. No więc pojechałem, okropnie ucieszony znakomicie zapowiadającym się urlopem. Stryj przyjął mnie serdecznie i gościnnie, po czym zaraz pierwszego dnia poszliśmy na plażę. Mimo słonecznej pogody, dął silny wiatr i morze było rozfalowane. Stryj ułożył się obok mnie na kocu.
- Te rosnące i opadające wzniesienia wody to fale – objaśnił. – Pianę, która tworzy się na ich szczycie, nazywamy grzywami fal. Czy widzisz drugi brzeg?
- Nie – odparłem uprzejmie.
- No, bo morze jest tak wielkie, że drugiego brzegu nawet przy dobrej pogodzie nie widać.
Odkorkował termos, po czym zaczął chłeptać oranżadę.
- A czy wiesz jak się nazywają ludzie wokół nas? – zapytał.
- Nie mam pojęcia – uśmiechnąłem się rozbrajająco.
- No tak, skąd możesz wiedzieć – pocieszył mnie stryj. – Przecież jesteś nad morzem po raz pierwszy. To są plażowicze, mój drogi.
- Aha – potaknąłem grzecznie.
Na drugi dzień poszliśmy obejrzeć rybacką przystań. Stryj Eliasz stanął na drewnianym pomoście i wskazał ręką:
- Czy wiesz co kłębi się w tych sieciach?
- Ryby – odrzekłem.
Stryj poklepał mnie po ramieniu i uśmiechnął się pobłażliwie.
- Tak, wiedzę książkową to ty masz. Trzeba ci przyznać, że jesteś oczytany. Twój ojciec zawsze mawiał, że jesteś bardzo zdolny.
Nazajutrz znów poszliśmy na plażę. Stryjaszek łypał bez przerwy na co ładniejsze dziewczyny, w końcu odezwał się:
- Tego mężczyznę w czerwonym czepku na wieżyczce nazywamy ratownikiem. Jak sama nazwa wskazuje, zajmuje się ratowaniem.
- O Boże! – zdumiałem się rozkosznie. – Co też stryj powie? Nigdy bym na to nie wpadł!
- No widzisz, chłopcze – poklepał mnie po plecach. – Sama wiedza książkowa nic nie znaczy. Przede wszystkim doświadczenie.
Tu łypnął po raz setny na opaloną blondynkę, która leżała nieopodal nas.
Czwartego dnia dowiedziałem się, że miejsce w którym niebo styka się z morzem nazywa się horyzontem, przy czym takiego miejsca w ogóle nie ma, bo morze z niebem wcale się nie styka i tylko nam się tak wydaje. Piątego dnia dowiedziałem się, że takie bardzo duże fale zwane są bałwanami i nie mają nic wspólnego ze śniegowymi. Dnia szóstego dane mi było dowiedzieć się, że te małe pływające galaretki, które czasem można spotkać w wodzie, to nic innego jak tylko meduzy. Po tygodniu nie zdzierżyłem.
- Niech stryj pójdzie ze mną – powiedziałem i zaprowadziłem go na stację. – Też chcę stryjowi coś pokazać. To jest, proszę stryja, lokomotywa, a to jest pociąg, który ta lokomotywa ciągnie. To jest wagon z przedziałem, do którego wsiądę, to jest bilet kolejowy, a to jestem ja, który na ten bilet pojadę. A słowa, które zaraz stryjowi powiem, nazywają się do widzenia!
Pociąg ruszył, ale mimo upału byłem zmuszony zamknąć okno, bo stryj biegł za pociągiem krzycząc, że chciał mi jeszcze powiedzieć, iż takie duże żelazo, które samo pływa po wodzie, nazywa się statkiem.

1 komentarz