Jaki ja właściwie jestem
Jego Wysokość wstał w paskudnym humorze. Przytrzymując spodnie przeszywanej złotą nicią piżamy, poczłapał do łazienki, zamknął się na klucz i wsparł łokciami o umywalkę z białego marmuru. Smętnym wzrokiem spojrzał w swoje odbicie w lustrze, przejechał ręką po przerzedzonych włosach i pokazał sobie język. Widok w lustrze nie był zachęcający. Zginęła gdzieś monumentalność władcy i pana.
Jego Wysokość przeczyścił sztuczną szczękę, napomadował wąsy, włożył do ust cukierek odświeżający i wszedł na pokoje. Lokaj zapowiedział obiad, w którym udział wziąć mieli wszyscy wielcy tego państwa. Jego Wysokość za-jął należne mu miejsce i w milczeniu przysłuchiwał się pogaduszkom ministrów i książąt, generałów i dam fraumyceru. Gdy znudził się, oderwał udo pieczonego dzika i wyrżnął nim nadwornego malarza. Ten poderwał się na równe nogi:
- Słucham, Wasza Wysokość!
- Jaki ja właściwie jestem? – zawołał Jego Wysokość. – Jaki, pytam, ty pacykarzu? Czy potrafisz odpowiedzieć na moje pytanie?
- Oczywiście – odparł szybko malarz – Wasza Wysokość jest taki, jak na moich obrazach. Wielki i wspaniały.
- Hi! Hi!- zachichotał złośliwie Jego Wysokość. – Wielki? Hi! Hi! Mam zaledwie metr pięćdziesiąt dwa wzrostu, a moja wspaniałość objawia się dla ciebie tylko wtedy, gdy za twoje bohomazy darowuję ci z moich dóbr jakąś wioszczynę. W pysk!
Po czym wlazł na stołeczek i zdzielił na odlew nadwornego malarza. Spoczął na powrót w złotogłowiu i jął ogryzać udko kuropatwy. Po chwili udko wylądowało na głowie marszałka polnego.
- Jaki ja właściwie jestem? – rzekł Jego Wysokość. – No jaki, ty kapralu?
Marszałek z godnością przetarł łysinę serwetką i takoż wstał.
- Wasza Wysokość jest niewysoki, to prawda, lecz Wielki i Dzielny. Tylko tyle mogę powiedzieć jako żołnierz.
- Hi! Hi! – zaśmiał się Jego Wysokość. – Dzielny…Przegrałem czternaście bitew, sześć wojen zakończyłem miernym rozejmem i mam marszałka idiotę, który zdobył szlify w buduarze mojej żony. W pysk!
Wspiął się na stołeczek i wyrżnął marszałka, aż zadźwięczały ordery, po czym usiadł z powrotem i zajął się ciastem z truskawkami. Milczał przez dłuższy czas, a gdy na talerzyku została mu tylko jedna truskawka, wrzucił ją w głęboką szczelinę dekoltu pewnej damy z fraucymeru.
- Jaki ja jestem, ślicznotko? Może ty odpowiesz?
Dama poczerwieniała.
- Nie potrafię ocenić Waszej Wysokości ani jako artysta, ani jako żołnierz, ale wiem jakim jesteś mężczyzną. Chciałabym znowu trafić w ramiona Waszej Wysokości.
Jego Wysokość zachichotał.
- W moje ramiona, powiadasz? Po co, ślicznotko? Żebyśmy krzyżówki przez całą noc rozwiązywali, tak jak to miało miejsce ostatnim razem? W pysk…to znaczy…nie. Odwróć się! – Wymierzył jej klapsa, jako że damy nie wypadało karcić w inny sposób.
- A ty, błaźnie? – rzekł Jego Wysokość. – Czy potrafisz powiedzieć jaki jestem?
- Wszyscy to wiedzą – odparł błazen. – Wasza Wysokość wcale nie jest monumentalny i wielki, ponieważ jest po prostu kurduplem, a kiedy dowodzi wojskami, żołnierze szemrzą, że znowu jakiś zadek zabrał się do komenderowania. Natomiast, jeśli chodzi o kobiety, jedyne na co Waszą Wysokość stać wobec nich to podszczypywanie pokojówek, boć przecie wszystkim wiadomo, że wszelakie męskie obowiązki przejął po Waszej Wysokości generał artylerii. W pysk?
- Nie – powiedział smutno Jego Wysokość. – Do ciemnicy! Na dwa dni przynajmniej!
- Zdumiewające – pomyślał błazen w lochu. – Ilekroć on chce usłyszeć prawdę, zawsze zwraca się z tym do mnie. Że też trzeba być błaznem, aby móc mówić to, co się myśli.
I wypiął się w stronę „judasza”, w którym dostrzegł śledzące go oko Wysokości.

1 komentarz