Jak ukatrupić pomysł literacki
Wpadłem ostatnio w okropne tarapaty. Otóż szukając któregoś dnia spinek do mankietów, z przerażeniem spostrzegłem, że w jednej z szuflad zaczęły się lęgnąć pomysły. Gdyby to były zwyczajne pomysły, nie byłoby to takie straszne. Ale to były pomysły pisarskie.
Nalęgło się tego paskudztwa sporo i co jeden to inny. Jeden jakiś zezowaty, drugi wypełniony głębią psychologiczną, trzeci zupełnie czarny. Pewnie był to pomysł na powieść kryminalną. Jeszcze inne miały mój profil – były to pomysły na powieść autobiograficzną. Przeraziłem się nie na żarty. Nigdy nie miałem do czynienia z pisarstwem i nie miałem pojęcia co z takimi pomysłami należy zrobić.
Zamknąłem szufladę na klucz, dla wszelkiej pewności przybiłem kilka gwoździ i przez kilka dni nie dawałem im nic do jedzenia. Chciałem, żeby zdechły z głodu. Potem doszedłem jednak do wniosku, że jest to sposób bardzo niehumanitarny. Otwarłem szufladę i z jeszcze większym przerażeniem spostrzegłem, że nie tylko nie są wycieńczone, ale jest ich jeszcze więcej. Tego było dla mnie za wiele. Kupiłem w sklepie dziesięć paczek DDT i wszystko wsypałem do szuflady. Zamknąłem ją ponownie i spokojnie zacząłem czytać gazetę.
Następnego dnia zajrzałem do szuflady i moje przerażenie osiągnęło szczyt. Pomysły zjadły całą porcję DDT, rozmnożyły się jeszcze bardziej i co najgorsze stały się wobec mnie bezczelne. Jeden z nich ugryzł mnie w palec, drugi wymknął się z szuflady i wlazłszy do mojej biblioteki pożarł całą wielką encyklopedię.
Tego było za wiele. Pobiegłem do piwnicy po siekierę. Wyjąwszy z szuflady jeden z pomysłów, uciąłem mu początek. I stała się rzecz straszna – nie dość, że nie zdechł od razu, to jeszcze na domiar złego odrósł mu nowy początek, zaś ten odrąbany połączył się z innym końcem i powstał nowy pomysł.
Zakryłem oczy i zrozpaczony nie wiedziałem co robić. Przez nieuwagę zostawiłem szufladę otwartą i z rozpaczy poszedłem się napić.
Po powrocie doznałem pewnego pocieszenia, bo ktoś skradł mi kilka pomysłów, ale nie było to zbyt wielkie pocieszenie. Pomysłów nadal było bardzo dużo i ciągle jeszcze rozmnażały się. Nie jadłem, nie piłem i myślałem nawet o samobójstwie. Nie sypiałem, bo w domu nie mogłem. Drażniły mnie ciche popiskiwania dochodzące z szuflady. W hotelu też nie mogłem spać, bo bar był czynny przez całą noc.
Próbowałem wszystkiego: arszeniku, cjankali, kurary, trucizny na myszy, jadu kiełbasianego i nawet przynosiłem obiady z pobliskiej restauracji, by wrzucić do szuflady. Żadna z tych trucizn nie działała. Pomysły na powieści kryminalne nawet się cieszyły kiedy wrzucałem cjankali, tak były do tego przyzwyczajone. I nie wiem jak długo bym cierpiał, gdybym nie spotkał pewnego znanego pisarza, który jest moim znajomym.
- Ach mój drogi – powiedział do mnie. – Ja też miałem takie kłopoty. Nie masz się czym martwić. Jeżeli chcesz się tego pozbyć, to weź po prostu któryś z pomysłów i wykorzystaj go. Na pewno go zamordujesz.
Uradowany pobiegłem do domu. Rzeczywiście recepta mego znajomego działała niezawodnie. Ze zjadliwym uśmiechem wyjmowałem pomysły z szuflady i wykorzystywałem. Z takim samym uśmiechem patrzę i zacieram ręce pisząc tę humoreskę. Patrzę jak pomysł na nią zdycha w ciężkich konwulsjach. Dobrze mu tak.

Brak komentarzy