Bitwa nad Allelują
Bitwa nad niewielką rzeczką Allelują nie przeszła do historii. Za to kronikarze obu walczących stron zdrowo oberwali po pyskach, które , nawiasem mówiąc, nie były doskonałymi egzemplarzami męskiej urody.
Myliłby się jednak ten, kto by przypuszczał, że lanie, jakie im zgotowano było dziełem żołnierzy wojsk przeciwnika. Zgoła inaczej rzecz się miała a i tak powinni oni dziękować losowi, że na tym się jeno skończyło, bo poniektórzy wojacy przebąkiwali o suchych gałęziach, albo wręcz o czymś gorszym znacznie.
Zdarzenia zaś miały się następująco:
Nad niewielką rzeczką Allelują z jednej strony nadciągały dwa bataliony łuczników, cztery pułki kuszników, sześć szwadronów ciężkiej jazdy i ponoć nieco dragonii. Z drugiej strony brzegu stanęły trzy bataliony tarczowników, pułk łuczników, sześć pułków miotaczy kamieni, batalion sanitarny oraz kilkudziesięciu kirasjerów z armatą, o której nie warto wspominać, bo i tak ją rozdymało po każdym wystrzale.
Gdy padła komenda: „Do boju gotuj się!” – walczące strony zwarły szeregi. Kusznicy i łucznicy napięli cięciwy, błysnęły szable kirasjerów i jedyna armata, a lance dragonów opadły tuż nad końskie łby. Wodzowie obu stron wysunęli się na czoło i już, już obie potęgi miały runąć na siebie, kiedy wódz po lewej stronie rzeczki powstrzymał swoich ruchem ręki.
- Czy mogę o coś zapytać? – wrzasnął w kierunku drugiego brzegu.
- Kto pyta nie błądzi! – odpowiedział wódz z tamtej strony.
- Chciałem się tylko jednego dowiedzieć. – O co wam właściwie chodzi?
Wódz z prawego brzegu Allelui wzruszył ramionami.
- Dokładnie nie wiem. Nie obracam się w sferach dworskich, ale opowiadano, że wasz ambasador odwrócił się tyłem do naszego księcia pana w czasie audiencji.
- Coś podobnego – zdumiał się wódz z lewej strony rzeczki.
- Tak, tak. Ten ramolowaty tetryk, który nami włada, zawsze był diablo obraźliwy. Osobiście nie widzę nic niewłaściwego w zadku ambasadora.
- Rzeczą nie do ukrycia jest fakt, że nasz ambasador zawsze miał maniery nieokrzesanego kołka – stwierdził dobitnie wódz po lewej stronie Allelui a odwracając się do swoich żołnierzy, ryknął:
- Chce się wam chłopcy?!
- G…o tam!!
Podobną w sformułowaniu odpowiedź, lecz w treści jeszcze mniej nadającą się do przytoczenia, usłyszał od swego żołnierstwa wódz z prawego brzegu.
Huknęło zdrowo po obu stronach rzeczki, echo poniosło do taborów, ale nie grzmiały to muszkiety, ani jedyna armata, lecz szpunty od beczek z piwem. Obie armie przemieszały się, jędrny śmiech wypełnił dolinkę Allelui i słychać było bulgot piwa przelewanego do kubków.
Nagle wszystko ucichło. Oczy wodzów i wojów zwróciły się ku dwóm jegomościom, którzy dzielnie skrobali coś w pergaminach. Podszedł do nich jeden z żołnierzy, wyszarpnął spod gęsich piór pergaminy i jął na głos czytać:
- Starły się nad rzeczką Alleluja dwie armie olbrzymie. Ustawione na wzgórzach ryczały armaty. Trup padał gęsto, lecz żadna ze stron o pardon prosić nie myślała. Wodzowie na białych koniach buławami kierowali nieśmiertelnych rycerzy swoich na śmierć i „bij zabij” głośne szło po zwartych szeregach…
Wódz po lewej stronie wstał powoli, przeciągnął się aż w stawach zatrzeszczało i rzekł:
- Coś mi się widzi, że ktoś tu zaraz w pysk brać będzie!
- Prawdę mówisz – potwierdził wódz z prawej strony i sięgnął po korbacz.
Co się działo dalej – nie ma potrzeby opisywać. Obaj skrybowie obici jak ulęgałki czmychnęli z pola niedoszłej bitwy, a po powrocie wojsk na zimowe leża obu książętom też się niezgorzej oberwało.
I choć dziejopisowie milczą na temat Allelui - celu nie osiągnęli, bo jakże często przekorna pamięć ludzka sięga po to, co w historii pomijane jest milczeniem, niźli po to, co kroniki na plan pierwszy wytykają.

Brak komentarzy