Awantura (widmo roku 2000)
Zaczęło się od tego, że ten stary ramol z Forda Taunusa począł emablować pewną młodą panienkę z Moskwicza. Od razu uderzył nas prymitywizm tych zalotów. Zaproponował mały przegląd skrzyni biegów. Wyraziła zgodę i wtedy rozbestwił się do tego stopnia, że zabrał się do sprawdzania poprawności ustawienia reflektorów. Jakby na cokolwiek mogło się to w naszej sytuacji przydać. Oczywiście, pani zamieszkująca piętnastą, począwszy od skrzyżowania Syrenę, zaprotestowała ostro przeciw temu. Oparła się łokciem o klakson i w tej pozycji wytrwała przez półtorej godziny. Ale to było zrozumiałe. Pani tej od ośmiu miesięcy nie emablował nikt.
Najbardziej nieprzyjemne było to, że Moskwicz emablowanej panienki zajmował miejsce tuż obok szkoły, którą założyliśmy pół roku temu w autobusie. Nauczycielka także nacisnęła klakson protestując przeciw sianiu zgorszenia wśród dzieci. Ale i ten protest nie odniósł żadnego skutku.
Na dachu autobusu zwołano natychmiast zebranie komitetu rodzicielskiego. Uchwalono pisemne wyrażenie oburzenia. Przewodniczący dostarczył pismo właścicielowi Forda Taunusa. Ten przeczytał i zaśmiał się ordynarnie. Oświadczył, że nie ma zamiaru rezygnować z konkurów, bo po pierwsze: nudzi się, nie posiadając w samochodzie radia, ani telewizora tranzystorowego, po drugie – w promieniu stu samochodów od niego nikt nie umie grać w bridża, po trzecie zaś – nie ma chęci ustąpić komukolwiek.
Dzieci przypatrywały się przez okna i chichotały. Nauczycielka zrobiła się czerwona jak burak.
Zrozumiałe, że w tej sytuacji postanowiliśmy powiadomić narzeczonego niesfornej panienki. Zamieszkiwał on starego Mercedesa, siedem kilometrów od naszego rodzinnego skrzyżowania. Znany sportowiec, mistrz w biegu na sto metrów po dachach samochodów, zaoferował się jako posłaniec. Narzeczony panienki przybył już następnego dnia rano. Otwarł drzwi Moskwicza i oświadczył zalotnikowi, że jeśli ten nie opuści pojazdu jego narzeczonej, to wióry się posypią. Z Forda Taunusa i jego właściciela.
Na te słowa gorszyciel wysiadł z samochodu i zaatakował narzeczonego panienki łyżką do zdejmowania opon. I wtedy dopiero się zaczęło. Narzeczony wyciągnął błyskawicznie zza pazuchy klucz siedemnastkę i jął wywijać okrutnego młyńca nad głową przeciwnika. Dzieci w autobusie podniosły taki wrzask, że zagłuszyły klaksony wduszone na znak protestu, przeciw podobnym ekscesom. Pewien wieśniak koczujący na zdezelowanym motocyklu między kołami ciężarówki przyjmował zakłady jeden do pięciu dla narzeczonego. I nie wiadomo jak skończyłaby się ta awantura, gdyby nie prokurator zamieszkały opodal w nowej Simce. Oskarżył zalotnika o zakłócenie spokoju publicznego. Wszyscy gorąco poparli prokuratora. Zwołano sąd i skazano właściciela Forda -Taunusa na dziesięciokrotne spuszczenie powietrza z kół samochodu oraz mycie szyb wszystkich wozów w promieniu stu metrów.
Gratulowaliśmy sobie prężności społecznej i życzyliśmy nawzajem jak najszybszego usunięcia korka ulicznego, w którym tkwiliśmy od ośmiu miesięcy, po czym udaliśmy się na milicyjną wysepkę przy skrzyżowaniu, gdzie oczekiwały nas już racje żywnościowe dostarczane jak zwykle o tej porze helikopterem.

1 komentarz